Skocz do zawartości
Coders Lab

KONKURS: Twoja droga do IT - opisz nam swoją historię i zgarnij Xiaomi Mi Band 3!

    Rekomendowane odpowiedzi

    Informatyka od zawsze była dla mnie czymś więcej niż tylko popularnym słowem zrzeszającym wiedzę na temat sprzętu różnej maści wraz z jego możliwymi rozwiązaniami. Od dziecka bowiem interesowałem się tym w jaki sposób coś działa lub dlaczego nie działa tak jak powinno. Doprowadziło to do nieodpartej chęci rozbierania wszelakich sprzętów, z lutownicą i częściami zamiennymi w ręce. Mogłem mieć wówczas 10 lat i śmiało mogę przyznać, że bawiłem się wtedy z domową elektroniką "w doktora".

    Pierwszy komputer przyszedł jednak dosyć późno jak na dzieciaka urodzonego na samym początku lat 90'. Miałem wówczas 12 lat i pamiętam, że byłem ostatnim wśród znajomych kolegów, którzy komputery mieli już co najmniej od kilku lat. Nie zniechęcając się jednak długimi oczekiwaniami, wszystkie te "stracone lata", przesiedziałem z nosem w czasopismach "Komputer Świata", ucząc się od podstaw tego, w jaki sposób działa maszyna, z którą prędzej czy później przyjdzie mi się zetknąć na dłużej. 

    Nigdy nie zapomnę tego "pierwszego razu". Rodzice mocno się postarali serwując komputer z najwyższej półki i oczywiście trudno mnie było od tego cuda oderwać. Ważniejszy jednak okazał się nie sam komputer, co (z perspektywy czasu), człowiek który raczył go złożyć. Był to znajomy mojego taty i jednocześnie technik nieistniejącej dzisiaj firmy Optimus. Dzięki jego wiedzy, którą podczas późniejszych spotkań regularnie mi przekazywał, nauczyłem się dobierać odpowiednie części, składać komputery, przegrywać płyty, instalować i modyfikować systemy i wiele, wiele innych. Nie było więc zaskoczeniem, kiedy stałem się "najbardziej lubianym dzieciakiem na osiedlu", właśnie z powodu wiedzy, którą chętnie zdobywałem.

    Później nastał czas przeprowadzki i w wieku 15 lat zrozumiałem, czym jest i w jaki sposób działa internet. Przeprowadziłem się wówczas do miejsca, gdzie nie było stabilnego łącza kablowego, a jedynie Internet radiowy podłączony poprzez Access Point do instalacji 2.4Ghz. Poszukując rozwiązania wysokiego pingu i lagów w grach online, dowiedziałem się jak taki AP działa, skąd bierze się adres IP i oczywiście o wiele więcej. Tym razem była to wiedza zdobyta samemu, poprzez wielogodzinne siedzenie na strychu i wyłapywaniu sygnału z całej okolicy w nadziei, że poprawię swój kiepski internet. Oczywiście dzisiaj wiem, że była to walka z wiatrakami.

    Późniejszy okres to mieszanina różnej wiedzy informatycznej - od tworzenia for i stron internetowych, po hobbystyczne zainteresowanie najnowszymi sprzętami i obsługiwanymi standardami. Nigdy jednak nie chciałem studiować informatyki. Uważałem, i nadal uważam, że studia te mogłyby zniszczyć tę iskrę, która we mnie siedzi. Ukończyłem najpierw jeden kierunek - filologię angielską, a następnie moją uwagę przykuła psychologia. Na tym drugim kierunku dostrzegłem potencjał w przedmiocie ICK - Interakcja człowiek - komputer, który łączył w sobie zastosowania psychologii z graficznym przedstawieniem i projektowaniem interface'ów. Dzięki temu, zostałem przyjęty jako jedyny "nie informatyczny", do zespołu programistów, w którym ku swojemu i szefostwa zadowoleniu, radziłem sobie niesłychanie dobrze, będąc pomocnym przy rozwiązaniach i projektach informatycznych. Zdobyłem również szacunek programistów, którzy do "anglisty - psychologa", podchodzili z początku z dużą rezerwą.

    Mniej więcej  w podobnym czasie, miałem okazję poznać ciekawą osobę (notabene właśnie z tego forum), która wciągnęła mnie w świat root'owania i modyfikowania urządzeń z Androidem. Dzięki temu jestem dzisiaj dużo bardziej świadom tego, czego od sprzętu można oczekiwać i gdzie kończą się jego granice (o ile rzeczywiście o takowych można mówić).

    Podsumowując całość, chcę powiedzieć, że informatyka dla mnie nigdy nie była celem. Była i jest, narzędziem dzięki któremu codziennie się rozwijam, zdobywając wiedzę i nowe doświadczenia, które pomagają mi w pracy nie związanej z tą dziedziną. Chciałbym jednak w niedalekiej przyszłości mieć ponownie styczność z projektami informatycznymi, w których spełniałbym się, przekazując swoją wiedzę i doświadczenie z innych dziedzin, w których również jestem kompetentny.

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Na starcie warto powiedzieć że jeszcze nie pracuje w branży IT, lecz jestem "dopiero" na początku drogi.
    Odkąd pamiętam marzyłem o pracy w IT. Za dzieciaka, jako że nie miałem komputera, skleiłem sobie komputer z papieru, miałem papierowy monitor, mysz, klawiaturę jednostkę centralną a nawet drukarkę ? Wszyscy w rodzinie już wiedzieli kim będę - informatyk. Jednak z czasem stałem się bardziej leniwy i mocno opuściłem się w nauce. Wiecie po podstawówce i tak było zapewnione liceum, po liceum napewno dostanę się na studia, bo przecież zawsze jakoś przechodziło. Oczywiście na PW się dostałem i na drugim roku się zaczęło. Jaka Java była wtedy dla mnie fascynująca, taka oczywista i logiczna. HTML, CSS, JavaScript, SQL... Fajna i przyjemna zabawa. Niedługo później na uczelnie przyszła jakaś firma IT i zaproponowała nam szkolenie, tam również świetnie się bawiłem, więc ciąg dalszy wydawał mi się oczywisty... Popatrzyłem na zarobki, na ofert pracy (Śmieszne, ale "zimne piwo w lodówce" potrafi zachęcić)...Tak więc zacząłem swoją drogę w tym kierunku. Zacząłem dla fanu pisać proste gry/aplikacje w Javie i wtedy zaczęła się jazda... Tu nie działa, tam nie działa, tu nie wiem, tam coś innego. Więc się poddałem, bo cel wydawał się być za daleko. Jednak po sesji zawziąłem się... I wiecie co wam powiem? To jest tak niesamowita radość kiedy coś zaczyna działać ? Podjąłem więc decyzję i każdego dnia spędzam trochę czasu aby się podszkolić. Materiałów w sieci jest mnóstwo więc problemu nie ma. Jedynym czego żałuję jest to, że nie zacząłem rozwijać się w tym kierunku wcześniej. I właściwie zastanawia mnie tylko jedno, jak mogłem w gimnazjum nie zainteresować się pisaniem kodu, skoro teraz jak mam problem to potrafię siedzieć do 4/5 nad ranem i rozkminiać co poszło nie tak. Programowanie stało się moją pasją, więc jestem pewny że chce iść w tym kierunku. Zostało półtora roku studiów, w trakcie dwa/trzy certyfikowane kursy a dalej droga prosta... ?

    Edytowane przez Krzysztof Kotowski

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    JJ79

    Niech będzie pochwalony! :)

     

    Moja droga... Wszystko zaczęło się gdzieś w roku 1997. W tym czasie kończyłem szkołę zawodową. Dlaczego nie poszedłem "wyżej"? Hmmm... Całkiem możliwe, że obawiałem się egzaminów. Chociaż, żeby było ciekawiej mogę dodać, że sytuacja materialna w jakiej znalazła się moja rodzina była bardzo zła, a stówka z praktyk dawała dużo. Czasami dostawałem od szefa więcej (choć stawka w pierwszej klasie była około 50zł)... Po trzech latach, zdałem w lipcu egzamin czeladniczy.. pochwalę się, wszystko na maksa :]. W sierpniu tego samego roku dostałem pracę... na magazynie w centrum technicznym. Rok póżniej, gdy sytuacja się ustabilizowała i miałem swój grosik, znajomy w pracy wypytywał czy ktoś nie chce kupić komputera! Zgłosiłem się i nawet się nie handlowałem! Przejąłem także sporą kolekcję dyskietek z grami, którymi bardzo szybko się znudziłem, jakoś mnie nie wciągały. Zacząłem również odwiedzać moich znajomych, którzy już takie cuda techniki mieli ;) Cuda techniki, bo to była AMIGA 600 , moja miała dodatkowo dedykowany przełącznik, który "zamieniał" ją w 500. U znajomych zaznajomiłem się z podstawami. Całą resztę ogarniałem sam. Po krótkim czasie, miałem już kolekcję zawsze nowych gier, w które nigdy nie grałem ale z chęcią wymieniałem na programy. Najbardziej ulubionym był Paint :)))))) 

    Po półtorej roku, przyszedł czas na pierwszy PC! Wszystko mnie fascynowało! Okienka, szybkość, możliwości, sam Windows wydawał mi się czymś super nadnaturalnym! Zaczęło się, Windows padł, trzeba było naprawić... Udało mi się! Wtedy zacząłem sam "uwalać system", stawiać go... kolejnym krokiem była modyfikacja PC. Dodanie kości pamięci... ależ mnie to wtedy kręciło! Internet w domu był za drogi, nastała era kafejek internetowych, z których namiętnie korzystałem. Znałem się w roku 2001 na tyle, że 23 grudnia szukałem wolnego miejsca w kafejce, bo byłem umówiony z koleżanką, z którą od dłuższego czasu "rozmawialiśmy" codziennie. Niestety, kafejki były zawalone, a ja zdruzgotany... Postanowiłem odwiedzić nową kafejkę, która tego dnia miała otwarcie. Niestety na 8 stanowisk dwa działały! Przy reszcie walczył dzielnie informatyk (o ile już takie pojęcie wtedy istniało :) ). Poprosiłem o komputer i poinformowałem, że sam go "podłączę do sieci", zapłacę i skorzystam. Udało mi się w dosłownie 5 minut... Koleżanki już nie było, złotówki leciały nieubłaganie a ja się spóźniłem sporo. Jakoś bardzo mnie to nie zabolało, a z kafejki wyszedłem następnego dnia, po skonfigurowaniu wszystkich stanowisk i zabezpieczeniu ich. Z ofertą pracy jako.. hmmm no właśnie, chyba jako ten po szefie najważniejszy :) Po lekko ponad roku, padła oferta kupna tej kafejki przez inną osobę. Warunkiem jednak było to, że ja zostanę na stanowisku! Trafiło się, że zmienił się na jeszcze lepszego szefa. Stary oczywiście nie był zły, przez cały czas gdy tam pracowałem szef to była tylko nazwa stanowiska, której nie używano. Byliśmy kumplami. Jak z jednym tak i z drugim. Przez 3 lata, które tam spędziłem nauczyłem się ogromnie wiele. Zaprzyjaźniłem się z firmą, która dostarczała nam internet. Pracownik obsługujący nas, był na tyle miły, że poświęcał wiele swojego wolnego czasu by mnie wdrażać we wszystkie aspekt sieci, która rozwijała się w tępie ręcz kosmicznym ;). W między czasie wszedłem w html, flash, zmiany softu w urządzeniach mobilnych(pierwszy był bodajże Siemens SL45i czy jakoś tak), telefony komórkowe wymieniałem regularnie, co jakieś 3 miesiące maksymalnie.

    Pierwsza strona jaką napisałem chyba jest dostępna do dziś... poczekajcie!!! 

     

    Już jestem ;) Tak jest!!!! Jeronimo.kgb.pl niestety nie chodzi jak dawniej, przyciski FLASH nie działają... :D

     

    1 2 3 powrót do rzeczywistości :)

    W roku 2004 dostęp do internetu w domu był już bardziej dostępny dla ludzi, kafejka przestała być rentowna, więc czas było się wyrwać. Oddział przedsiębiorstwa informatycznego w moim mieście, który handlował telewizją satelitarną, zegarkami, drobnymi urządzeniami oraz osprzętem komputerowym poszukiwał sprzedawcy. Zgłosiłem się i zostałem zaproszony na rozmowę do centrum firmy, w którym także mieścił się serwis. Chyba wcześniej nie napomknąłem, że pochodzę z małego miasta w południowej Polsce w rejonie o bardzo wysokim bezrobociu. Przedsiębiorstwo informatyczne, do którego zostałem zaproszony na rozmowę miało poza trzeba oddziałami w moim mieście, także 3 w innych w tym samym województwie! Chyba nie muszę mówić, że jako osoba mało wierząca w siebie, byłem nastawiony na tę rozmowę negatywnie i w pełni przekonany, że tej pracy nie dostanę!!! 

    Rozmowa z właścicielem. od tego się zaczęło! Było bardzo sympatycznie i profesjonalnie od początku. Przepytany zostałem z rynku sprzętu komputerowego. Gdy zostałem zapytany o topowy procesor... moja odpowiedź AMD zdziwiła właściciela! Jednak szybko dodałem, że topowy, bo budżetowy! Tego potrzebuje rynek :) Póżniej już tylko opowiadaliśmy sobie o sobie popijając kawkę. Nie dostałem pracy, zostałem poproszony o przyjście na serwis kolejnego dnia na 9 rano. Następnego dnia stawiłem się punktualnie. Zostałem przedstawiony "armii" serwisantów, wręczono mi kilka, kilkanaście… a wydawało mi się kilkaset pudełek, pudełeczek, kabli… I zapytano: Składałeś już PC?
    Co odpowiedziałem i dlaczego, to już nie mieści się w drodze ;)

    Więc lecę dalej… ZŁOŻYŁEM GO!!!! Zainstalowałem system, sterowniki! Nawet zdziwieni byli, że tak szybko :). Wyzwaniem dla mnie jak się później okazało miała być obudowa z dodatkowymi portami z przodu, oraz na boku obudowy. Schemat w instrukcji różnił się podobno od prawidłowego. Ja jak to ja… bez instrukcji. Okazało się, że każdy port działa prawidłowo a ja, choć z góry skreślony przez serwisantów, z podłożoną świnią przebrnąłem.
    Jak się można domyślać, tego dnia dostałem pracę. Stanowisko sprzedawcy w głównym salonie tej firmy. Oczywiście obsługiwałem także serwis. Po 3 miesiącach kochałem tą pracę. Podobno po takim samym okresie dziewczyny pokochały mnie!!! ;) Taka dola rodzynka ;)

     

    Po 2 latach, wraz z koleżanką, z którą obsługiwaliśmy system sprzedaży ratalnej ustanawialiśmy rekordy w województwie, choć to zapewne spowodowane było bardzo łatwym zdobyciem kredytu :)  W ostatnim roku mojej pracy wygraliśmy nawet laptop i rower górski, że się pochwalę.

     

    W 2006 roku, klient odwiedzający nasz sklep okazał się moim starym kolegą, który zniknął przed kilkoma laty. Rozgoryczenie systemem, możliwościami i wiekiem sprawiły, że zechciałem tak jak i on popracować zagranicą, zarobić odłożyć, założyć rodzinę… po prostu żyć. Firmę, w której pracowałem kochałem i to z wzajemnością. Zarabiałem bardzo dobre pieniądze jak na rejon! Dorabiałem po pracy dwa razy tyle… oczywiście z nakazu szefowej :) Och, kochana Pani Wandzia!!! Ona zarządzała naszym sklepem. Postanowiłem wyjechać. Wszystko trwało nie więcej niż 6 tygodni.

     

    Tak oto zaczęła się przygoda w Irlandii. Życie, zmieniło scenariusz. Pracowałem przez prawie 3 lata w 2 różnych firmach, różnych od siebie tak bardzo, ale także bardzo różniących się branżą.

    IT, zajmowałem się nadal. Naprawiałem sprzęty, projektowałem strony www, zajmowałem się nawet komputerami pierwszego szefa… Ale on także “siedział w tej branży” i nabrał się na maila odnośnie 20 mln dolarów w południowej afryce. Poleciał tam, stracił kilkadziesiąt tysięcy euro i zmieniłem pracę na magazyn. Tam poznałem nowych ludzi i nadal, naprawiałem, instalowałem, odzyskiwałem, konfigurowałem…

     

    W 2008/2009 roku znalazłem się w Danii, zacząłem pracę jako… nie uwierzycie, ja nadal nie mogę uwierzyć. Jako spawacz! :) Po kilku miesiącach poza spawaniem, projektowałem stronę firmie, w której zostałem zatrudniony. Stawiałem serwer, zajmowałem się sprzętem komputerowym w całej firmie, nawet konfiguracją urządzeń mobilnych (tak tak, nawet prywatnych telefonów szefostwa :D ).

    W 2010 roku zostałem najszczęśliwszym człowiekiem… zostałem OJCEM! Wtedy też postanowiłem nadrabiać to, czego nie zrobiłem wcześniej. Ponieważ pracując w tym przedsiębiorstwie informatycznym jako jedyny osobnik bez wyższego kierunkowego wykształcenia, byłem motywowany przez Szefową by robić szkołę, zacząłem nawet zaoczne Liceum dla Dorosłych… wyjazd niestety sprawił, że nie skończyłem.
    W 2014 roku, jako ojciec dwójki dzieci już wtedy, pracujący na etacie i prowadzący własną działalność, po 2 latach nauki, egzaminów w Warszawie co 6 miesięcy (nie, nie było łatwo, na 42 zaczynających, chyba tylko 14 podchodziło do matury. Drugi semestr liczył już dwadzieścia kilka osób), zdałem EGZAMIN DOJRZAŁOŚCI! Tak, z “informatyki”, bo inaczej się to już chyba nazywało, zawsze miałem 6 i nie uczestniczyłem w egzaminach, ponieważ oddawałem wszystkie prace przed terminem plus dodatkowe, które nauczycielka czasami chciała zobaczyć :). Fajnie zaczynało się od oddawania prac, z tego co się kocha.

     

    Jeśli dotarłeś tu i jeszcze Ci się nie znudziło drogi odbiorco, to znaczy, że chyba nie pobłądziłem. Może z datami lekkie zamieszanie, ale u mnie moja droga wygląda na te chwilę tak:

     

    Mam etat, Programuję roboty spawalnicze i oczywiście je obsługuję, czyli spawam także, robociki moje nie wszędzie swe ramię włożą, prowadzę także własną działalność. Zajmuję się również projektowaniem stron www, naprawą sprzętu komputerowego, naprawą urządzeń mobilnych… pisze wiersze …hahaha :) to z wierszami to już żart.

    Jeśli zastanawiasz się, po co tu to zamieszam, bo przecież muszę być “zarobiony”, odpowiem. Zamieszczam to, bo może uda się wygrać, może znowu pokocham Androida, którego przestałem kochać po doświadczeniach z dwoma pierwszymi samsungami serii galaxy…
    Zarobiony? Nie, Naprawiam za grosze, strony stawiam w większości rodakom, którzy zaczynają swoje działalności i dlatego nie pobieram wielkich monet, bo moneta okrągła jest i potrafi wrócić.

     

    Co dalej w planach? Może jakieś studia zaocznie… Wszystko pokaże czas a życie to zweryfikuje.

    Dziękuję jeśli dotrwałeś aż do końca.
    Dziękuję także za ten KONKURS… wróciły wspomnienia a to zmusza do refleksji!

     

    Pozdrawiam

    J.J.

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    mastan

    Za siedmioma blokami, kilkoma ulicami dalej w starej kawalerce mieszkał sobie chłopak z mamą, który interesował się wszystkim, co nowe. Jak każdy w latach 80. A nowości zaczęły się pojawiać i były kamieniem milowym, bo pod strzechy docierały powoli komputery.

    Pism komputerowych było najpierw kilka, z czego najważniejszym na początku był Bajtek, potem C&A, kilka o grach jak TS, SS itd. Pojawiały się tam kawałki kodu, które trzeba było przepisać i miało coś działać. Ale co zrobić, jak się nie miało komputera? I pojawił się on, Sinclair ZX81 pożyczany z pracy od wujka na niektóre weekendy. Mały komputerek, ale za pomocą czasopism lub książek udało się napisać (przepisać) listingi, które skutkowały pojawieniem się zegara na ekranie. Szkoda, że nie można było tej pracy zapisać na nośniku, ale przeklepywanie kodów nie było takie straszne.

    Kamieniem milowym był Amstrad –Schneider CPC 6128, bo miał dyskietki. Komputer także pożyczany na weekendy, tym razem od mamy z pracy. Tu już nie miałem możliwości programowania, ale na dyskietkach były gry, więc się działo J

    Obok tego pojawił się także Commodore 64, również pożyczony, bo nie stać nas było z 1 pensji na poważniejsze zakupy. Na C64 także dało się coś programować, wpisywać POKI J

    I w końcu pojawiła się AMIGA 500. To było coś. Oczywiście grania było dużo, ale tu także można było programować. Było ciekawe środowisko AMOS, gdzie można było stosunkowo łatwo coś napisać i działało. Oczywiście gro programów było przepisywanych, a każda zmodyfikowana linijka była celebrowana, gdy oczywiście program dał się skompilować i uruchomić. W tamtym okresie także pojawiły się pierwsze hackowania gier – zmienianie komórek pamięci, aby dodać sobie życia czy pieniędzy w grze – to było coś. I to bez ACTION REPLEYa, który takie rzeczy robił bez ingerencji użytkownika.

    Po 2-3 latach udało się uzbierać na AMIGĘ CDTV – to było dopiero cudo. Czarna, stylowa, z odtwarzaczem płyt CD. Dodatkowo stacja dyskietek na kablu, więc można było iść do kolegi i grać w MORTAL KOMBAT, który wymagał 2 stacji dyskietek. Po prostu szał ciał.

    I skończyła się podstawówka.

    Przecież oczywiste było, że jak do LO, to tylko na kierunek INFORMATYKA. Informatyka okazała się tak naprawdę mat-fiz z 2 godzinami informatyki tygodniowo. Ale było warto. Poznaliśmy tam język wysokiego poziomu PASCAL i można było już coś pisać. Dyrek (bo on nas uczył informatyki) pokazał jak wprowadzać, drukować i w końcu także rysować  i wtedy pokochałem to ostatecznie. LO to nie tylko czas programowania, ale np. robienia psikusów młodszym klasom podczas zajęć po lekcyjnych i instalowanie backdoorów w stylu NETBUS, którym można było skutecznie wykurzyć młodziaka z miejsca, których raptem było 16 a klas przecież aż 4.

    A potem Wydział Informatyki, praca jako informatyk, jako informatyk + nauczyciel, i wiele innych. I oczywiście czytanie czego popadnie, bo to jest najlepsze źródło wiedzy a nie szkoły.

    Niczego nie żałuję :)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Cześć jestem Jakub Pomykała, swoją przygodę z programowaniem zacząłem w gimnazjum, ale prawdziwa przygoda zaczęła się kiedy zarobiłem 50 000 zł na swojej pierwszej poważnej aplikacji. Był to okres kiedy skończyłem liceum w Szczecinie i dostałem się na informatykę na Politechnice Wrocławskiej, więc miałem dużo czasu dla siebie w przerwie pomaturalnej. Postanowiłem sobie wtedy, że spróbuję wykorzystać całą zdobytą wcześniej wiedzę z programowania na Androida i stworzę coś fajnego. W ten sposób powstała gra Prawda czy Fałsz, od pierwszego dnia zauważyłem, że liczba instalacji była znacząco wyższa od poprzednich aplikacji na moim koncie, dodatkowo szybko pojawiały się pierwsze komentarze i oceny, to bardzo zachęciło mnie do dalszego rozwijania aplikacji. Sama aplikacja od strony użytkownika była banalnie prosta, jedno pytanie, punkty i dwa przyciski prawda/fałsz, ale w roku 2013 stworzenie aplikacji z multiplayerem, chatem, bazą danych było dla mnie czymś poważniejszym. Nie pomagał też fakt, że momencie tworzenia tej aplikacji do androida nie było tylu narzędzi co teraz, brakowało chociażby menadżera zależności, więc wszystkie dodatkowe biblioteki trzeba było ładować samemu i dbać o ich zgodność z wersją systemu. Ostatecznie aplikacja przekroczyła liczbę 3 milionów instalacji, i z tego co pamiętam najwyższa zanotowana liczba aktywnych instalacji przekraczała 400 tysięcy. Dalsza przygoda mojej gry jest już nieco mniej fascynująca, ponieważ zaczęło się pojawiać dużo negatywnych komentarzy, podobnych aplikacji. Z ciekawszych historii to ktoś kiedyś stworzył fake konto na facebooku gdzie udostępnił całą bazę pytań z aplikacji. Sam nie wiem po co to zrobił, ale to tylko pokazuje jak wygląda ten rynek w Polsce. Tworzysz software? Myśl globalnie, Polska to jeszcze nie jest Twój target ;) 

     

    Dziś jestem już absolwentem PWr z tytułem magistra i zawodowo zajmuję się tworzeniem aplikacji chmurowych/webowych dla biznesu i nie tylko, czasami dla rozrywki tworzę aplikacje na iOS. Obecnie prowadzę kilka swoich serwisów typu SaaS, dzięki czemu nie musze się martwić jutrem, robię to co lubię i mam dużo czasu dla siebie. Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej o mnie, poradzić albo po prostu pogadać zapraszam do kontaktu https://jpomykala.me :) 

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Witam, bardzo się cieszę, że mogę się wypowiedzieć na taki temat, tutaj na forum.

    Jak to się zaczęło?
    Kiedy miałem około 14 lat wszyscy moi znajomi grali w Tibię, ja też. Chociaż nigdy nie osiągnąłem jakiegoś dużego poziomu doświadczenia, ponieważ zwyczajnie mi się nie chciało, to wpadłem na "genialny" pomysł, jak stworzyć keyloggera do gry, był to prosty podstawiony formularz logowania, którego sam (nie wiem jak mi się to udało) napisałem w html'u i php i jeszcze postawiłem na darmowym hostingu "cba.pl" :D . Czasami, po tak długim czasie, zastanawiam się w jaki sposób umiałem wtedy już takie rzeczy. Ale wyjaśniając tą sytuację, oczywiście, to nie było odpowiednie zachowanie (nawet nie chcę się tłumaczyć wiekiem), ale kilka tak "zdobytych" kont oddałem po prostu właścicielom i po tygodniu usunąłem stronę, ponieważ nie czułem się z tym dobrze. Przynajmniej miałem szybką lekcję, a dzisiaj jestem ostatnią osobą, która by przywłaszczyła czyjąś własność :)

    Kontynuując, kilka lat później padło na wybór Technikum Informatycznego, szczerze mówiąc ten obszar szkolnictwa (4 lata) dał mi chyba NAJMNIEJ. Trafiłem tylko na jednego nauczyciela, który umiał przekazać jakieś podstawy programowania, reszta to zupełna porażka, a najwięcej pracy i wysiłku i tak musiałem wkładać w naukę tak istotnych przedmiotów jak: historia, biologia czy też j. polski :) .
    W tym czasie na szczęście zacząłem również rozwijać swój pierwszy kanał na YouTube i byłem dość bardzo związany z grafiką komputerową aniżeli z programowaniem.
    Przez dwa lata po ukończeniu technikum nie robiłem nic w kierunku programowania, nie poszedłem również na studia, jednak po 2 latach pracy jako "człowiek pod telefonem i od wszystkiego, jako kierowca w Pizzerii" coś we mnie pękło i postanowiłem nagle, że poszukam jakiegoś kursu dla początkujących, wtedy jeszcze pamiętałem o C++ więc na ten język padło, po 3 dniach kursów na YouTube tak mi się to spodobało, że postanowiłem zapisać się dodatkowo na Studia Informatyczne. Im bliżej semestru tym bardziej się bałem, czy po takiej przerwie poradzę sobie na studiach. Na szczęście teraz, po całym roku, mam już wakacje, ze średnią 4,78 ;) .

    Tak więc ten przykład pokazuje, że dla chcącego nic trudnego i nie ma takiego czegoś, że ktoś jest już za stary, albo za głupi na rozpoczęcie nauki :)
    Tak "błaha" i "spontaniczna" decyzja o nauce programowania w rok zmieniła prawie wszystkie aspekty mojego życia. Już po kilku miesiącach zmieniłem bez problemu pracę i pracuję jako "Web Developer", w wolnych chwilach poznaję również język C# z ukierunkowaniem na silnik Unity (od zawsze moim marzeniem jest stworzenie własnej gry) i wygląda na to, że wszystko zmierza w tym kierunku. Dodatkowo, na wspomniany już kanał na YouTube zacząłem wrzucać własne poradniki z programowania w językach: C oraz C#, a w przyszłości biblioteka ta z pewnością się powiększy.

    Tak więc reasumując moją przydługawą wypowiedź, chciałem ostrzec przed wyborem szkoły z taką myślą, że zarazi nas ona pasją do kodowania, bardziej musi to wynikać z samych nas, ponieważ nadal jest wielu takich nauczycieli, którzy za cel postawili sobie zniechęcenie młodych ludzi do tego zawodu i całkiem im to wychodzi. Jednak wystarczy odrobiona chęci i mobilizacji, aby w bardzo krótkim czasie dołączyć do branży IT :)
    Powodzenia!

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    JacoX

    Tokarz - Spawacz na programistę? Czy to możliwe?

    Moja historia z jednej strony banalna, z drugiej dość pokrętna. Podstawówkę kończyłem w roku, gdy nastała demokracja czyli 1989. Z braku możliwości i może ze strachu nie poszedłem do żadnego liceum czy technikum. Znalazłem się w szkole zawodowej w klasie tokarzy. Wtedy jeszcze kształcono w szkołach ślusarzy, mechaników, jednym słowem robotników. W nowej szkole nowi ludzie, nauczyciele więcej chęci do nauki i poznania swojej prawdziwej wartości jako człowieka i wtedy ucznia. Okazałem się całkiem pojętny, w nagrodę za dobre wyniki w nauce otrzymałem możliwość udziału w kursie na spawacza gazowego. Po szkole zawodowej dojeżdżałem z Kołobrzegu do Białogardu do Technikum Obróbki Skrawaniem. To były 3 najlepsze lata życia i beztroski młodzieńczej spędzonej w dużej części w pociągach z kumplami. Pod koniec technikum zastanawiałem się gdzie dalej się kształcić. Były to już lata 90te, 1995 rok i pojawiły się już w Polsce Amigi, gazetki komputerowe itp. skąd można było czerpać jakąś wiedzę. 

    Największy wpływ na decyzję miała moja rodzina i kolega, który był amigowcem. Poszliśmy razem na Politechnikę Szczecińską na Wydział Techniki Morskiej gdzie była wtedy Informatyka. Dla mnie laika i raczej pasjonata do zabawy z komputerem bez zagłębiania się w tajniki programowania, sprzętu itp spraw był to szok. Pierwsze zajęcia z programowania w Pascalu to była masakra. Zero wiedzy, zero pomocy od studentów wyższych lat prowadzących te zajęcia. I sortowanie bąbelkowe, które próbowałem zrobić i się nie udawało. Na szczęście kolega z którym mieszkałem w pokoju pomógł mi i wytłumaczył na czym to polega. Potem były kolejne przedmioty, najcięższe to Algebra, Analiza matematyczna, Fizyka. Dużo stresu na egzaminach. Drugi rok studiów to język C, potem C++. Kolejna magia. Jednak dałem radę to pojąć, nauczyć się a w końcu polubić. W końcu wybrałem specjalizację systemy oprogramowania i grafika komputerowa. Więc raczej ciekawa dziedzina. Dzisiaj nie żałuję choć było czasami ciężko zaliczyć niektóre przedmioty. Warto było podjąć ten wysiłek by mieć teraz fajną i ciekawą pracę. Od 17 lat pracuję jako programista, Kiedyś na początku tworzyłem strony, potem pracowałem w środowisku FoxPro pod dosem, od kilkunastu lat w Delphi oraz z bazami danych MS SQL. Praca czasem bywa stresująca, ale raczej jest komfortowa i przede wszystkim nie trzeba się martwić o finanse. 

    spawacz.jpg

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Pewnie nic nie wygram ale co tam , raz się żyję :)

    Moja historia z IT ...

    Kiedy miałem 7 lat , ciocia miała Asusa w którym lubiłem się w usuwaniu plików systemowych :) Od tamtego czasu zacząłem uczyć się metodą prób i błędów... Dlatego ciocia ma już czwartego laptopa z rzędu! :P ,

    Ale to tylko wczesne początki , faktyczna przygoda z tym zaczęła się w wieku 9 lat , kiedy ZAWSZE  jak coś było nietak z komputerem , rodzice mnie wołali , w szkole jak coś niedziałało mnie oskarzali , bo byłem wtedy niemożliwie głupi ? bardzo lubiłem tak "Żartować" i w szkole koleżankom wyłączać komputery pstryczkiem z tyłu skrzynki , w domu próbowałem robić by wszystko było jak najlepiej , nawet RocketDock zainstalowałem... i 100 wirusów także... 2 formaty i 1 dysk później gdy miałem 12 lat, ja zajmowałem się szkolnym laptopem (Dell Latitude d540? ) Próbowałem najpierw naprawić vistę, ale nic z tego , komputer był zwyczajnie za słaby na ten OS (laptop był pierwotnie z Windows XP)

    I po czasie zrezygnowałem i zainstalowałem ... Windows 10 (oczywiście bez aktywacji :)  )

    I wiecie co? to był ŚWIETNY ruch! komputer w końcu nie mulił jak powerPC z emulowanym windows XP !

    optymalizowałem go , ITP itp ... I jak skończyłem , czekałem na opinie... Nauczyciele , w końcu mogli z tego korzystać ... Na świetlicy filmy w 360p (tylko ta nie klatkowała) szły jak burza

    Ale 5 klasa (ja byłem w 6) narzekała... "CZEMU WSZYSTKO TAK WOLLNNOOOOO GDZIE GRYYYYYYYYYY POPSUŁEŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚ DEILUIUUU ... I tak w kółko... aż w końcu zainstalowałem kubuntu... I jak pędził! kuurde, szybciej od każdego komputera jakie mieliśmy w szkole! Aż tu nagle przyszła wolna lekcja przyrody , ogladanie filmu i ... NIE DZIAŁAJĄCY VGA Coś BYŁO Z UBUNTU! I zwalili wszystko na mnie, mimo że przegrzali go tak bardzo że aż zaczęły artefakty lecieć ... no ćóż ... Nastał windows 7 i "}
    "{[ mulił gorzej od visty... Interfejs ładował się w kawałkach jak strony na Dial-upie... Ja odpuściłem ... 5 klasa nie przestała klekotać ale mnie to już przestało obchodzić ... Pojechałem na wakacje do babci , gdzie miałem spokój , a w 7 klasie nie mam nic do opowiedzenia, ale w wakacje które już mam :P szef przywiózł dziadkom Asusa z windowsem 10 ... Obsługiwał Overdrive >:D lecz zanim zrobiłem cokolwiek okazało się że windows 10 był jakiś dziadowy i trzeba było reinstalować windowsa 10 , I jednego pendriva później działał , z minimalnymi sterownikami , 2 godziny później wszystko było w porządku... Opróćz odwróconej kamerki która potrzebowała sterownika z innego modelu laptopa 0_o I w 2 miesiącu wakacji rodzice przywieźli nowy dysk do MOJEGO PIERWSZEGO LAPTOPA , tak , w wieku 13 lat dopiero doczekałem się własnego laptopa... no cóź...Lepiej późno  niż wcale! I też z niego pisze, a instalacja na nim ? windows 10 z internetem zainstalował większość sterowników i działa, ja tylko pomogłem mu :P I tak jestem tu! I niewspominam specjalnie o custom romach i kernelach na smartfonach bo to już chleb powszedni , i coś normalnego u mnie , I to była moja historia , dziwna, napewno nie wyjątkowa, ale moja , no cóż , ja żegnam...

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Dawno dawno temu tata przytachał mi i486 50H turbo. Ekran chyba 10 cali bez kolorów. Siedziałem nocami i psułem Windowsa. Najczęściej po psuciu zabierałem dyskietkę i jechałem na rowerze do brata - zgrywałem jakiś uszkodzony plik i wracałem do domu, wgrywałem i działało. Później nastał czas nowego - AMD Duron 800 - quake nocami grany. Następnie migracja na Athlona 1700+ i pierwsze kręcenia, łączenie pinów ołówkiem. Piękne czasy. Dzięki zabawom na i486 i staraniu pracy na tym nauczyłem się wiele o optymalizacjach od samego dołu systemu :) I wtedy coś drgnęło - ile można grać.. co by tu innego... no i poszło. Jakiś linux z gazetki. Jakiś mandrake czy coś. Kompletna klapa - nieprzygotowany na spotkanie z instalacją ze źródeł nie mogłem przegryźć tego. No, ale trzeba było coś robić. Naprawiałem kpmputer znajomego - on polecił mnie komuś. I nagle okazało się, że mam grono klientów do naprawy Windowsa oraz co fajne - nauki korzystania z systemu. Byłem tani - bo młody i sie uczyłem. I tak czas leciał. W między czasie pojawiło się jakieś programowanie - pierwsze pisanie w pascalu, później coś c++, później we flashu... ale jednak cały czas ciągnęło do adminki. Udało się zdobyć lukratywne stanowisko informatyka w jakiejś państwowej firmie szkoleniowej. Pieniądze takie, że ledwo na bilety starczało, ale byłem "Pan Informatyk". Pierwsze zmagania z prawdziwym Userem. Po jakimś czasie znowu podejście do Linuksa (Windows był w małym palcu i często miałem dość). No i po wielu rozmowach, planach - tak!! - pierwszy serwer... Pierwszy debian (testowanych było wiele, ale debian został wtedy). Następnie nauka, testowanie. Widoczne dla samego mnie poszerzające się horyzonty wiedzy, czytanie manuali, tutoriali, pierwsze wpisy na forum debiana :)

    Pracowałem i wysyłałem cv do róźnych firm. I nagle ktoś zadzownił. Po dziwacznej rozmowie kwalifikacyjnej (co robisz, jak tam, aaa serwer...ok) zostałem zatrudniony w startup'ie telewizji internetowej (ta na I) jako administrator / help desk. Z jednego serwera stanąłem przed trzema szafami w biurze + kilkunastoma w kolokacji ATM. Aż w głowie się kręciło. No i już tak zostałem. Z jednej serwerowni zrobiło się kilka. Zaczęły się transmisje live, wyjazdy. Masa pracy oraz satysfakcji. Nauka administracji setkami maszyn, ogromna odpowiedzialność. Pisanie skryptów w sh/bash, nauka pythona i wielu innych narzędzi/języków potrzebnych administratorowi.

    Z klientów z młodości zostało może dwóch. Jakaś firma i drugi prywatny. Z prywatnym to już raczej spotykamy się na kawę i luźne pogadanie co w świecie it. Tu jestem z siebie dumny bo z człowieka 50 letniego zrobiłem osobę, która umie sama zgrywać programy z tv sat, jakoś je obrabiać i ogólnie używać rożnych systemów (na początku nie umiała osoba założyć katalogu)

    A co najlepsze - udowodniłem, że da się coś zrobić nawet jak zaczyna się bardzo późno (nie miałem amigi, miałem pegasusa i zaczynałem w 4 liceum) i bez żadnej wiedzy informatycznej. Pamiętam jak jakieś 3-4 lata przed moimi początkami patrzyłem na kumpla Pawła jak coś klikał w Windowsie (Milenium) i myślałem - jak on to wszystko wie, skąd... też bym chciał. I jakoś tak się to stało, że później wiedziałem. Na wstępie pisałem, że jeździłem do brata po pliki do Windowsa. Ta osoba także wywarła duży wpływ na moja przygodę. Z nim pierwszy raz postawiłem Windowsa 95. Teraz się śmiejemy zawsze z momentu gdy przyjechałem do niego z pytaniem o kompilacje mc pod debianem. Brat zawsze mówi, że w tym momencie już wiedział, że nie wie i że go przerastam wiedzą w tym zakresie.

    Podsumowując - wszystko jest po coś. I można od zera do bohatera :)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

    Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

    Zarejestruj nowe konto

    Załóż nowe konto. To bardzo proste!

    Zarejestruj się

    Zaloguj się

    Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

    Zaloguj się

    • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

      Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

    x